Pogórza Karpackie. Podróże i turystyka kwalifikowana, jako propozycja ciekawego wypoczynku aktywnego. Krajowe oraz odległe wyprawy Trekkingowe.

 

Trzeba się pokazać - Karpackie Podkowy w galopie

Czasy, kiedy wystarczyło wyprodukować, nawet niezbyt atrakcyjny, towar, który i tak się bez problemu sprzedał, dość dawno minęły. Nadeszła epoka, w której największy problem stanowi sprzedaż wytworzonego produktu. Nawet ekologiczna, na ziemniakach hodowana świnka, obecnie "nie schodzi". Bo jakoby za tłusta dla współczesnego zmanierowanego społeczeństwa. Dawniej sprzedawała się, jak woda. Ba, jak gospodarz nie chciał sprzedać, to "zabrali". Coś tam zapłacili, trochę węgla na przydział dali. I jakoś być musiało.

Twórcy i udziałowcy projektu, mającego doprowadzić do rozwoju turystyki jeździeckiej poprzez stworzenie systemu szlaków o nazwie "Karpackie Podkowy", stanęli przed problemem promocji i praktycznego pokazania "światu" tego nad czym gromada zapaleńców od jakiegoś czasu usilnie pracuje. Ten cel miało spełnić, jako jeden z ważnych punktów projektu, Study Tour dla dziennikarzy i przedstawicieli biur podróży, czyli trzydniowy rajd gwiaździsty z koncentracją na błoniach  w Woli Dębowieckiej. Dwadzieścia jeden ośrodków turystyki jeździeckiej (mniejszych i większych, rutyniarzy i amatorów) z terenów Beskidu Niskiego, Dołów Jasielskich i Pasma Brzanki-Liwocz na Pogórzu Ciężkowickim podzielone wstępnie na dwie grupy (beskidzką i jasielsko-pogórzańską) miało zorganizować co najmniej dwudniowy rajd. Odpowiednio dobrane zostały miejsca spotkania w pierwszym dniu rajdu (dla grupy beskidzkiej - Stajnia "Ogrodziska" w Męcinie Wielkiej, dla jasielsko-pogórzańskiej - Stajnia "Galicja" w Bieździedzy). Drugiego dnia obydwie grupy miały spotkać się już w Woli Dębowieckiej, gdzie zaplanowane zostały amatorskie zawody i pokazy jeździeckie w kilku konkurencjach. Z poszczególnych ośrodków, oprócz uczestników, mieli wyruszać jeżdżący konno dziennikarze i przedstawiciele branży turystycznej. Część świata mediów, zainteresowana, ale niejeżdżąca, zakwaterowana została w uczestniczącej w projekcie kwaterze turystycznej "Kuźnia" w Pielgrzymce i autokarem objeżdżała poszczególne stajnie, przy okazji podglądając jadących na szlaku.

Założenia były proste - jak najmniej sztuczności i nic na wyrost, pokazujemy, co jest, i to, co zdołaliśmy zrobić, i z czego jesteśmy dumni. Nie przesadzamy z wygodami, nie dobarwiamy, przewidujemy polowo-namiotowe warunki. Ewentualnie podczas studyjnego spotkania w niedzielę przedstawimy plany rozwoju na przyszłość. Tyle skrótowo o planach; teraz to, co z nich udało się zrealizować.

Gdy przystępowaliśmy z początkiem roku do realizacji projektu i mowa była o wrześniowym Study Tour oczami wyobraźni każdy widział pięknie wymalowane szlaki, może nawet z urządzeniami i rajd w pięknym, zwiastującym jesień krajobrazie. Rok A.D. 2010 okazał się rokiem szczególnym. Najpierw przedłużył sobie zimę intensywnymi opadami śniegu, uniemożliwiając tzw. wizję lokalną, potem ulewnymi deszczami dokonał spustoszenia na drogach i w przepustach. Szkody poczynił tak dotkliwe, że niektóre drogi nawet dla koni stały się nieprzejezdne, a wielu właścicieli gruntów prosiło o oszczędne ich użytkowanie.
Nie zdążyliśmy pomalować wytyczonych szlaków, musieliśmy częściowo zmieniać trasy ich przebiegu. Stąd, jak się później okazało, gdy zastępu nie prowadził właściciel stajni dobrze znający leśne dukty zdarzały się opóźnienia i pobłądzenia. Nawet spece od prognoz pogody zaczęli asekuracyjnie wymieniać wszystkie alternatywy na dany dzień. Tydzień poprzedzający rajd też nie był łaskawy. Ulewy, wiatry i przejmujące zimno uniemożliwiły planowane przejazdy przez rzeki, trzeba było kierować się na najbliższe mosty. Nadszedł 2 września, prawie już w nocy przyjechała Pani Dziennikarz. Pijemy herbatę i rozmawiamy. Wymienione w e-mailu od Niej stada ogierów w Mosznej i Książu Wielkim, które ja wziąłem za uczestnictwo w zawodach, okazały się amatorskim, owianym romantyzmem pobytem sprzed lat, a jej najdłuższa przejażdżka w życiu nigdy nie przekroczyła 1 godziny. Moja nieśmiała informacja, że jutro czeka nas prawie 40 km górzystego terenu, na który potrzeba będzie poświęcić 8 godzin, wywołała początkowo znaczne zakłopotanie. Po chwili Pani stwierdziła, że skoro w Kosowie sobie dała radę, to dlaczego z koniem by sobie poradzić nie miała, zwłaszcza, że koń na imię ma "Furman", to chyba sam wie, co w drodze robić. Lody pękły, przeszliśmy na "Ty". Odtąd była to Ela-Dziennikarz. Tego samego dnia w eskorcie Don Wójcika z jego flagowym rumakiem o imieniu "Pers", wymawianym przez właściciela z charakterystycznym szczelinowym sss, przyjechała Aśka. Jako reprezentanci północnego końca szlaku w trzy konie mieliśmy nazajutrz dotrzeć do Bieździedzy.

Ranek wstał deszczowy, przez co celowo opóźnialiśmy termin wyjazdu. Z niewielkimi bagażami, bo reszta pojechała samochodem, wyjechaliśmy około 10.30. Pierwsze dwie godziny w lekkim deszczu, potem nawet w słońcu.

Krętymi leśnymi drogami i pośród mozaikowatych pól dojechaliśmy do stóp Liwocza. Krótki popas i pierwsze objawy zmęczenia u dotąd dobrze radzącej sobie Eli. Dotychczas nie wysadził Jej z siodła nawet nagły odskok konia w bok, gdy wyjeżdżając z lasu zobaczył pasącą się krowę. Jak to czasy się zmieniają, wycieczki dzieci ze wsi przychodzą do mnie oglądać konie, a konie boją się krów, bo jedno drugie rzadko widuje. Koni-przeżytków nie ma, krów się hodować nie opłaca. Zmęczonym nogom Eli potrzebna była nieznaczna pomoc przy wsiadaniu. Ten krótki odpoczynek pozwolił nam zregenerować nieco siły, a wraz z coraz odważniejszym słońcem poprawił znaczne nastrój. Dzięki osiągom cywilizacji w postaci komórki, bez wysyłania umyślnego gońca, wiedziałem, co robią inne stajnie. Staszek prezentował z końskiego grzbietu przebywającym u niego gościom uroki okolicy, Bogdan dokonywał ostatniej odprawy przed wyruszeniem. Obydwaj sugerowali mi jazdę przez most w Krajowicach, chociaż stwierdzali, że kładka na Wisłoce w Kłodawie też solidna. Osiągnęliśmy Liwocz, z mieszanymi uczuciami odnosząc się do betonowo-metalowych budowli na jego szczycie. Cóż, może tak wygląda nowoczesna sztuka budownictwa. Czas płynął, zmęczenie rosło, świadomość człapania jeszcze co najmniej 15 km po asfaltowej drodze (objazd przez most) skłoniła nas do próby przejścia przez kładkę. Jestem pewien, że gdyby "Jałta" napotkała tę kładkę na początku drogi, cała zabawa skończyłaby się na wybałuszonych ze strachu ślepiach i pewnym odwrocie, jaki jej się zdarza nawet przy strumyku, w którym kaczka ma problemy z zawracaniem.  Naszym koniom i nam śpieszno było jednak do odpoczynku i wszyscy solidarnie podjęliśmy ryzyko. Zeszliśmy z koni i jakby nigdy nic idziemy prosto na drewnianą kładkę. Będąc już na środku kładka zaczęła się coraz bardziej kołysać, może szliśmy zbyt blisko siebie, i zaczęła rezonansować, znowuż większa odległość mogłaby wywoływać u stadnych koni niepokój. Ze środka w każdą stronę jednakowo daleko, więc spokojnie naprzód. Przeszliśmy! Teraz ostatnie wsiadanie, kołaczycki rynek i Bieździedza. Gospodarz przyjął nas gościnnie. Bogdan dotarł już nieco wcześniej, inne stajnie niebawem miały nadejść. Wszyscy rozsiodływali i oporządzali konie, potem wyszukiwali kąt dla siebie. Namioty były zbędne, dla każdego znalazł się dach nad głową, gorąca herbata i nocna uczta przy ognisku. Porządku pilnowali zaprzyjaźnieni z gospodarzem strażacy, baczący na bezpieczeństwo, aby ktoś po ciemku nie wpadł do jakiej paryi. Rano oglądaliśmy i "na nowo" poznawaliśmy konie i ludzi. Te z Galicji, te z Huzara, te ze Skalnika, te z Kamienicy, te z Pasikonika, te z Ryglic, te z Paryi, a te Trafunkowe. W sumie 24 konie.

Taka armia, teraz pod dowództwem ułańskim, (powożącego taczanką w V Pułku Ułanów im. Ks. Józefa Poniatowskiego z Niepołomic) wyruszyła w sobotę w kierunku na Dębowiec. Okolice miasta Jasła i wspomniane wcześniej ulewy, zmusiły nas do przejazdu asfaltowymi  drogami. Wzbudzaliśmy zdziwienie mieszkańców zaskoczonych taką liczbą koni. Bogdan ani się nie zająknął, gdy z naprzeciwka zobaczył wyjeżdżający orszak weselny. Od razu przegrupował zastęp - "brama weselna"! Życzenia i poczęstunek od starosty weselnego. Flaszki i ciastka, tylko dla koni nic nie mieli, bo i kto by się takiej bramy spodziewał. Mieszkańcy okolic Dębowca, uprzedzeni o niedzielnym festynie końskim licznie wyglądali z okien lub wychodzili przed domy na powitanie. Droga była długa, ci co mieli niepodkute konie czasami zsiadali  i je prowadzili, szczególnie na długich żwirowych zjazdach. W rejonie Łazów Dębowieckich wjechaliśmy w lasy i "dzikie pola". Mnie przyrodnika i rolnika trochę zabolało serce, gdy zobaczyłem olbrzymie hektary porzuconej, zarastającej chwastami ziemi. Jednak jazda pośród żółtych łanów nawłoci miała też swój urok.  O kilka koni przede mną jechał wójt Brzysk. Człowiek niepozornej postury, ale wielkiego ducha. Posturę nieco poprawiały mu kupione wczoraj od Staszka eleganckie buty jeździeckie, za to dosiadu nic nie było w stanie poprawić. Zrazu angielski, to westowy, to mongolski aż do typowo "brzyskiego". Całym sobą i swoim dosiadem wcielał w życie ideę rozwoju jeździectwa w swojej gminie. Tu należy wiedzieć, że do dwudniowego rajdu przystąpił po 10 godzinach lekcji nauki jazdy. Czapki z głów Panowie! Czapki z głów!

Od południa nadciągała podobna kawalkada. Stajnie Jaśminowy Raj i Osława po połączeniu się w Gładyszowie ze Starą Cegielnią ruszyły w kierunku Męciny Wielkiej. Mieli przed sobą większe góry i z uwagi na wielkość zastępu, perspektywę konnego powrotu. Jankowe małopolaki i Włodkowe hucuły do trudów nawykłe, na placu nieco tępawe, ale terenowo najdzielniejsze, ozdobione dodatkowo arabem z Jaśminowego Raju dzielnie sobie radziły.  

Gorzej z ludźmi, ci niejednokrotnie musieli pokonać własną słabość wynikającą z nienawykłych do długiego przebywanie w siodle mięśni. Trudów nie brakowało. Pokonać Magurę Małastowską z jej rozmokniętymi stromiznami i jarami nie było łatwo. Przez najtrudniejsze odcinki musiano nawet przeprowadzać konie. Jakoś dano radę. Jechała z nimi kilkuosobowa grupa "ludzi mediów" oraz grupa jeźdźców z Królem na "Błysku" i Królową na "Erozji". Dotarli do Męciny, gdzie gościnnie powitali ich gospodarze Stajni "Ogrodziska".

Po nocnej biesiadzie przyszło jechać dalej. Na błonia dębowieckie przybyli jako pierwsi. Gdyśmy wjeżdżali witał nas już oparty o szablę Włodek, a obok pasły się ich konie. Za chwilę trzecią grupę, zebraną wokół stajni "Rumak" w Kotani, wprowadził Bodzio.

W sumie ponad 60 koni i znacznie więcej ludzi przygotowywało się do noclegu. Gospodarze (wójt Gminy Dębowiec, firma "Trafunek" i szara eminencja Janusz) zadbali o uwiązy i ogrodzenia dla koni oraz całą infrastrukturę dla ludzi. Wystarczyło mieć namiot i w tym szczerym polu niczego nie brakowało. Konie miały swoją trawę, a ludzie zasiedli do biesiady przy folkowej muzyce "Kapeli Maliszy". Z godziny na godzinę było coraz sympatyczniej, urok zakłócał tylko padający coraz intensywniej deszcz. Były śpiewy, rozmowy, a nawet koński handel. Staszek kupił od Bogdana "Helkę" (chodzi o imię konia), a do 5 tysięcy musiał dołożyć jeszcze prawie całą sumę jaką wczoraj dostał od Wójta Brzysk za buty.

Wszyscy zasypiali z różnym stopniem świadomości, ale z jednakową nadzieją na pogodne jutro, jakie te mędrachy z telewizora obiecywały. Niestety ranek wstał wietrzny i deszczowy. Z dala widać było posępne i zmarznięte konie. Nadzieja nakazywała zwlekać z decyzją o odwołaniu zawodów i całej imprezy. Aura jednak nie sprzyjała. Po odwołaniu niedzielnej imprezy wszyscy niemrawo zaczęli myśleć o powrocie. Janek i Włodek po wymienieniu kilku ludzi, zmoknięci ruszyli w powrotną drogę. Mieli przed sobą jeszcze dwa dni rajdu. Aura udowodniła swoją niezależność od ludzkiej woli. Po mnie i nasze konie  przyjechał Don Wójcik. Przechadzając się razem po dębowieckich błoniach zaciekawiła nas niebywała u nas roślina. Chyba grzyb, w typie sromotnika bezwstydnego, bo podobnie okropnie śmierdział, ale po pęknięciu "jaja" powstawała czerwona rozeta w kształcie ukwiału. Zobacz, powiedział Marek, tak niedaleko od nas a całkiem inna roślinność.

Rajd się odbył, uczestnicy już myślą o następnym roku. Ten obecny pokazał, że da się takie rajdy organizować, że jest co pokazać, ale szklarniowy jeździec i szklarniowy koń nie mają tu czego szukać. Trzeba być przygotowanym na zmienne warunki pogodowe, trud i zmęczenie. Za to satysfakcja po przebyciu takiego rajdu zapewni przypływ witalności na długi czas.

Każdy z uczestników widział, co chciał, jeden zachwycał się przyrodą i krajobrazami, drugi oglądał pozostałości drewnianej architektury, cmentarze wojenne czy liczne przydrożne kapliczki. Jeszcze inny denerwował się plastikową szopką na Liwoczu lub gipsowym krasnoludkiem na mijanym właśnie ogrodowym klombie. Na pewno można z końskiego grzbietu wrócić nieco do natury, do której tęsknota zbiera się w nas przebywających w betonach "Wielkiego Miasta". Więc "miastowe" na koń! Zaznać trudu, potu, niewygody. Schudnąć przez tydzień ze trzy kilo, potem odespać ze dwa dni pod rząd i do pracy w "Wielkim Mieście".

Mieczysław Solarz
Stajnia "Paryja", Ekspert Projektu "Karpackie Podkowy"

Źródło informacji: www.beskidzielony.pl
Więcej informacji o projekcie na stronie www.karpackiepodkowy.pl

  Historia artykułu:

data utworzenia:  2010-11-21 21:52

data publikacji:  2010-11-21 21:59

data modyfikacji: 2010-11-22 17:16

szukasz kontaktu: contact form

© 2007-2019 Pogorza.PL

zgłoś błąd: error on the side

statystyka od luty 2008 => | all: 2436261 | unique: 1258642 | interest: 1.94 (48.34%) |

kod strony generowano (sekundy): 0.71792      min: 0.110127      max: 0.83773      średnia: 0.674243