Pogórza Karpackie. Podróże i turystyka kwalifikowana, jako propozycja ciekawego wypoczynku aktywnego. Krajowe oraz odległe wyprawy Trekkingowe.

 

Relacja z Korony Pogórzy - edycja śląska

1-3 kwiecień 2011
Korona Pogórzy to jedna z tych inicjatyw turystycznych, której towarzyszy wyższy cel, idea, myśl przewodnia i przewodnicka jednocześnie. Bo o to właśnie chodzi, aby zdobyć najwyższy szczyt kolejnego Pogórza Karpackiego, a przy okazji poznawać Karpaty, dobrze się bawić i smacznie zjeść. Organizatorem cyklu wyjazdów pod tym tytułem jest Studenckie Koło Przewodników Górskich w Krakowie, wspierane dzielnie przez Studenckie Koło Przewodników Górskich w Gliwicach.

Tej wiosny wybraliśmy się na daleki zachód, aby zdobyć według niektórych przynajmniej najwyższy szczyt Pogórza Śląskiego - Chełm 464 m n.p.m. Zapraszamy do słowno - fotograficznej wędrówki z Koroną Pogórzy. Zdjęcia znajdziecie tutaj.

Dzień pierwszy, 1 kwietnia...

             Nie wiele brakowało, a wyjazd mógł się nie odbyć, gdyż w ostatniej chwili został odwołany przez Weronikę. Tylko nieliczni zorientowali się, że to Prima Aprilis!

            Pierwszych emocji dostarczył nam kontroler biletów, notabene w autobusie PKS, przez co wyruszyliśmy z Krakowa ze znacznym opóźnieniem. Po przyjeździe do Cieszyna poszliśmy zobaczyć, skąd bierze się mleko w XXI wieku? W Cieszynie stanął bowiem pierwszy mlekomat w Polsce! Przy okazji, powstał pomysł ugotowania kakao, z tak zwaną piątą kolumną!;) Każdy zatankował po pół litra i potoczyliśmy się w kierunku naszego miejsca noclegu, gdzie czekały nas kolejne atrakcje. Gwiazdą wieczoru okazała się tu bielizna pościelowa!

               Następnie wyruszyliśmy do Czeskiego Cieszyna, aby zasmakować wyszukanych herbat w czeskiej "Dobrej czajowni". Herbaciarnia urządzona jest w stylu orientalnym, goście siedzą w maleńkich pokoikach na miękkich, okrągłych poduszkach, dlatego przed wejściem trzeba także zdjąć buty! Na naszym stoliku pojawiły się zaś "Smocze Oko", "Łapka Srebrnej Małpki" oraz herbata kwiatowa. Hitem i tak stał się sahlep, czyli słodki napój z nutką cynamonu podawany w Turcji jako afrodyzjak!

Wróciliśmy do naszej noclegowni, by założyć wreszcie bieliznę pościelową!

              Nadszedł czas na kolację i wspomniane wcześniej kakao. W nocy wyłączono nam prąd, co uznaliśmy za wyraźną sugestię do zakończenia kuchennego  posiedzenia. Kiedy jednak pojawiła się pani portierka z garścią świeczek w ręce, dowiedzieliśmy się, że prawdziwą przyczyną braku światła jest awaria elektryczna.  Zachęceni przyjazną postawą kierownictwa SSM-u, rozpoczęliśmy imprezę gitarową. Nasz śpiew nie spodobał się niestety pani portierce, więc musieliśmy się przenieść do pokoju, gdzie najwytrwalsi przetrwali aż do piątej nad ranem!


Dzień drugi - szlakiem kwitnących magnolii i cieszyńskiego tramwaju!

             Pobudka o ósmej rano okazała się dość wczesna, zwłaszcza dla osób "najwytrwalszych". Pomimo tego, wszyscy z wielkim entuzjazmem wyruszyli na podbój Cieszyna. Pierwszym punktem na naszej trasie był Kościół Jezusowy - największy kościół ewangelicki w Polsce. Kustosz muzeum opowiedział nam historię świątyni oraz zaprowadził nas do Muzeum Protestantyzmu, gdzie można zobaczyć m.in. fotel, na którym siedział cesarz Franciszek Józef podczas jego wizyt w Cieszynie.

            Następnie pan Maciek Dembinok, pasjonat cieszyńskich tramwajów, przemierzył z nami dokładnie taką samą trasę, którą przed stu laty jeździły cieszyńskie tramwaje. W swoją opowieść wplatał co chwilę przeróżne ciekawostki. Dowiedzieliśmy się, że najkrótszy przejazd trwał 10 minut i 16 sekund, a także, że w jednym ze sklepów mięsnych do dziś zachowały się kafelki z czasów austro-węgierskich. Interesująca okazała się także wizyta w Muzeum Drukarstwa, gdzie mogliśmy prześledzić drogę powstawania książki w czasach życia Gutenberga, jak i późniejsze udoskonalenia tej manufaktury. Po przyswojeniu tak ogromnej wiedzy wszyscy poczuliśmy, że czas coś zjeść! Trafiliśmy zatem do baru mlecznego  "Zapiecek".

            Po zjedzeniu pysznego obiadu, powędrowaliśmy pod "Studnię Trzech Braci". Tam wszystkich urzekła legenda o założeniu Cieszyna przez Bolka, Leszka i Cieszka, którzy w trudnych czasach zmuszeni byli żywić się fliszem karpackim! Nadszedł czas na deser i wszyscy poczuli chęć skosztowania rekomendowanych ciastek ze zdjęciami zabytków Cieszyna. Jakiż był nasz zawód, kiedy na miejscu okazało się, że ciastka pojawią się dopiero w sezonie. Nie było to zresztą pierwsze rozczarowanie, bowiem nie mogliśmy też nigdzie dostać owianych sławą kanapek cieszyńskich... Niepocieszeni skierowaliśmy się w stronę ostatniego punktu programu, którym było Wzgórze Zamkowe. Odwiedziliśmy za to po drodze słynną Cieszyńską Wenecję. Zabrakło tu jedynie gondoli i przystojnego Włocha (ewentualnie Cieszyniaka;).

            Po dotarciu pod pałacu myśliwskiego Habsburgów naszą uwagę przykuł różowy jeleń, który stał się obiektem sesji zdjęciowej z najpiękniejszymi dziewczynami na wyjeździe!

             Wydrapawszy się na Wzgórze Zamkowe, zostaliśmy poproszeni przez przewodników o wyciągnięcie dwudziestu złotych. Nasze podejrzenie o wyłudzenie haraczu okazało się błędne. Wszyscy szybko się zorientowali się, że podobizna rotundy stojącej przed nami znajduje się na odwrocie wspomnianego wcześniej banknotu. Zwiedzanie zakończyliśmy, podziwiając panoramę Cieszyna - zarówno jego polskiej, jak i czeskiej części.

             Nocleg zaplanowany był w malowniczej miejscowości Dębowiec. Aby tam dotrzeć, należało wsiąść do lokalnego PKS-u. Cała operacja została poprzedzona zapoznaniem nas przez Weronikę z realiami dnia codziennego, panującymi na cieszyńskim dworcu oraz z różnymi tajnikami dostania się do wewnątrz tegoż środka lokomocji przez tutejszych licealistów. Jako, że podróżowaliśmy w  późnych godzinach popołudniowych, a na dodatek w sobotę, nie napotkaliśmy zatem żadnych przeciwności losu. Chociaż w ostatniej chwili serce w nas zadrżało, ponieważ kierowca miał problemy z odpaleniem silnika. Na szczęście w końcu ruszyliśmy i już bez żadnych przeszkód dojechaliśmy na miejsce naszego drugiego noclegu - do "Radeckiego Dworu".

            Po krótkim zakwaterowaniu ruszyliśmy na nocną wycieczkę. Naszym celem było odszukanie śladów i zgłębienie działalności tajemniczej grupy Cichociemnych. Udaliśmy się w kierunku centrum miejscowości. Ciemności nie były nam jednak straszne, gdyż naszym przewodnikiem była rodowita mieszkanka Dębowca! Tak nam się tylko wydawało... Droga okazała się niezwykle niebezpieczna! Osoby, pozostające z tyłu, były narażone na ataki nierozpoznanych bliżej osobników wyskakujących zza krzaków. Ostatecznie jednak prawdopodobnie w komplecie dotarliśmy do pomnika upamiętniającego pierwszy zrzut cichociemnych w Polsce podczas drugiej wojny światowej. Wysłuchaliśmy ciekawej historii związanej z tym wydarzeniem i mit, dotyczący cichociemnych, został rozwiany . Po części edukacyjnej nadszedł czas na krótki odpoczynek w parku z fontanną, w której solanka zawiera dwadzieścia razy więcej jodu  niż w Bałtyku .

            Wkrótce ruszyliśmy w drogę powrotną zachodząc po drodze do "Dworu Dębowiec". Wymęczeni dniem pełnym atrakcji przybyliśmy do miejsca naszego noclegu, gdzie czekało na nas nowe zadanie - zrobienie naleśników dla dwóch tuzinów wygłodniałych wycieczkowiczów

            O wieczorze w "Radeckim Dworze" można by pisać bez końca. Po pierwsze, każdy uczestnik wzbogacił się o niezwykły zestaw poświęcony Cieszynowi, składający się z folderów, teczek, długopisów i wielu innych ciekawych gadżetów. Na miejsce noclegu dotarły także wyroby lokalnej kuchni, a mianowicie słynne ciasteczka cieszyńskie: półksiężyce kakaowe i rogaliczki, które zostały specjalnie upieczone na tą okazję, gdyż na stołach pojawiają się tylko z okazji Świąt Bożego Narodzenia i na przyjęciach weselnych. W trakcie imprezy naleśnikowej, w sąsiednim pokoju trwało również slajdowisko z Afryki rodem! Dalszą część wieczoru oczywiście spędziliśmy przy gitarze, z tradycyjnym zakończeniem o czwartej nad ranem!

  
Dzień trzeci, czyli co działo się na Chełmie.

           Ostatni dzień wyjazdu rozpoczęto od niezwykłych, jak na warunki polowe (i domowe w zasadzie również) kanapek. Piramidalne spiętrzenie: sałata, rozmaite sery, dżemy własnego wyrobu, no i coś, za czym wielu na podobnych pogórzowyjazdach tęskni, czyli MIĘCHO. W niepamięć poszły naleśniki dnia poprzedniego, apetyty rosły w miarę jedzenia, a wszystko to nieomal skończyło się karygodnym spóźnieniem na zamówiony autobus. Ten na szczęście, jednak nie odjechał bez nas i wkrótce wesoła czeredka wyruszyła na spotkanie zaplanowanych atrakcji. A te nie kazały na siebie długo czekać.

            Kończyce Wielkie, czyli tam, gdzie rosną poz... wróć! Podbiały pospolite.

I nie tylko. Również zawilce, ziarnopłony wiosenne, i liczne inne kwiatki, na których nazwach każdy, kto nie jest przewodnikiem, zęby może połamać. Kończyce, a w nich: kościół drewniany, jeden z największych tego typu na Śląsku Cieszyńskim, wybudowany w roku 1777; starszy jeszcze od niego barokowo-klasycystyczny pałac, należący onegdaj do niejakich Larischów von Monnichów; i wreszcie grób ostatniej właścicielki pałacu, hrabiny Gabrieli Thun Hohenstein, filantropki, jednej z najbardziej szanowanych w okolicy (i nie tylko!) przedstawicielek rodu Monnichów.

            Myliłby się jednak, kto myślałby, iż wszystkie te atrakcje zdołały zmącić spokój ducha wycieczkowiczów. Czego jednak nie udało się dokonać pamiątkom po świetnej przeszłości, to osiągnęły ropuchy. Tak, tak, właśnie ropuchy, które korzystając z ciepłego dnia wyległy na dróżkę... nie. Wyległy dosłownie wszędzie, i zaczęły się wylegiwać. Chodzić. Podskakiwać. No i tak dalej, dolce far niente. Gdy wycieczkowicze oderwali się wreszcie (co trzeba przyznać, niektórzy z niejakim trudem) od pasjonującego zajęcia, jakim było obserwowanie tych szlachetnych stworzeń, którym można wprawdzie wiele zarzucić, ale na pewno nie to, że żywią się fliszem Karpackim, autokar wyruszył dalej, zdążając w kierunku Kończyc Małych.

            Kończyce Małe, czyli staw, zamek i chwila wytchnienia...

...w zamkowej restauracji. Obserwacja zamku i niczym oprócz odbicia otoczenia niezmąconej tafli jeziora (które, jak poinformowała nas przewodniczka, zostało w niedawnej przeszłości zmniejszone, aby zapewnić bezpieczeństwo bawiącym się na organizowanych w zamku weselach - wciąż wpadali do wody), kilka informacji... i w drogę!

A droga wiedzie wprzód i wprzód... aż do Goleszowa.

A w Goleszowie przywitał nas bardzo sympatyczny pan przewodnik, który opowiedział  historię tego miejsca. W Goleszowie mieścił się kiedyś podobóz konzentration camp w Oświęcimiu, obecnie stworzono tam Salę Pamięci, którą zwiedziliśmy...

Ale humory poprawiły się w związku z następnym punktem programu: zdobywaniem góry Chełm. Ciężko wtoczył się nasz autobus na tę górę i lekko odetchnął, gdy go opuściliśmy. Wycieczkowicze również poczuli się lepiej, jako że w międzyczasie Słonko zaczęło mocno przygrzewać; zapach trawy, ciepło wiosennego dnia, panoramka... Nic dziwnego, że wielu wkrótce zmorzył sen.

  Zaspanych oblazły kleszcze, więc się przebudzili i z przyjemnością wysłuchali opowieści przedstawionej gwarą cieszyńską (czego historia dotyczyła, nie pomnę), wzięli udział w konkursie (o którego zasadach sza!), odśpiewali stosowną ilość piosenek turystycznych i szczęśliwie nie tylko turystycznych, po czym udali się do autokaru, który zawiózł ich z powrotem do Cieszyna. Tam zakończyła się nasza podróż krainą cieszyńskich kanapek (które cieszą się tak wielką popularnością, że dane nam było jedynie o nich usłyszeć), cieszyńskich ciasteczek, cieszynianki, no i last, but not least, maślanki.

Wyjazd prowadziła Weronika Szewczyk.

Relację przygotowały:
Kasia Górecka, Magda Cieśla, Paulina Jasiurkowska i Magda Hesiak.

  Historia artykułu:

data utworzenia:  2011-04-16 15:09

data publikacji:  2011-04-16 15:15

data modyfikacji: 2011-04-16 15:17

szukasz kontaktu: contact form

© 2007-2018 Pogorza.PL

zgłoś błąd: error on the side

statystyka od luty 2008 => | all: 2267676 | unique: 1189984 | interest: 1.91 (47.52%) |

kod strony generowano (sekundy): 0.64985      min: 0.215548      max: 0.80595      średnia: 0.602942