Pogórza Karpackie. Podróże i turystyka kwalifikowana, jako propozycja ciekawego wypoczynku aktywnego. Krajowe oraz odległe wyprawy Trekkingowe.

 

Akademia Katowska w Bieczu - prawda i mity

Katów - choć de facto byli niższymi urzędnikami sądowymi - zaliczano w Polsce do rzemieślników. Dlatego też sądzono, że - podobnie jak inni rzemieślnicy - powinni mieć swój cech i terminować przez kilka lat, ucząc się katowskiego rzemiosła. Jedyny na całą Polskę cech katowski, posiadający uczniów i wyzwalający mistrzów, miał mieć swą siedzibę na Sądecczyźnie, w mieście Bieczu, które nawet wzięło nazwę od swego legendarnego założyciela, zbója Becza.

Trudno ustalić, skąd wzięła się - pokutująca po dziś dzień, także i w nauce - legenda o tym, że właśnie w Bieczu istniał cech katowski oraz Akademia Katowska, że każdy polski kat wyzwalał się w Bieczu. Istotnie, naprzeciwko kościoła farnego zachowała się w Bieczu z dawnych obwarowań miejskich baszta kamienna. Nosi ona nazwę Baszty Katowskiej. Do baszty przylega nadwątlony wiekiem, piętrowy dom murowany. W nim właśnie miała się mieścić owa słynna Akademia Katowska.

Tu mieli mieszkać uczniowie miecza i topora, młodzi adepci krwawego rzemiosła, tu mieli pobierać podstawowe wiadomości z zakresu anatomii i somatologii, uczyć się poglądowo umiejętności torturowania delikwentów, obchodzenia się z narzędziami tortur i manipulowania nimi. Tutaj podobno mieli przyswajać sobie znawstwo całego skomplikowanego rytuału egzekucji, innego względem pospólstwa, a innego w stosunku do szlachetnie urodzonych. Materiału do lekcji poglądowych z dziedziny katowania nie brakowało, gdyż w okolicach Biecza roiło się od band zbójeckich. Z Węgier - przez Przełęcz Tylicką - prowadziła droga do Biecza, a stąd do Krakowa. Trakt, po którym ciągnęły ładowne wozy kupców węgierskich i polskich, przyciągał rabusiów i zbójników. Jeśli rekrutowali się z elementów plebejsko-szlacheckich, nazywano ich "tołhajami". Natomiast zbójców wywodzących się z ludu wiejskiego, nazywano w Tatrach "zbójnikami", w Beskidzie Niskim i w okolicach Biecza "beskidnikami", w Bieszczadach "bieszczadnikami", a w Beskidzie Wschodnim "opryszkami". Do walki z tymi bandami zbójeckimi powołano specjalną policję górską zwaną "harnikami".              
Zbójectwo ludowe w okolicach Biecza notowane już w XV wieku. Beskidnicy mieli swe siedziby i kryjówki w okalających Biecz lasach i jaskiniach koło wsi Maciejowej. Lesiste, górskie okolice sprzyjały napadom na karawany kupieckie. Nawet w samym grodzie bieckim musiano czuwać, by tołhaje i beskidnicy nie wdarli się do miasta.

Na czele "burs" i "familii", czyli szajek i band niepokojących okolice Biecza oraz Muszyny, stali słynni harnasie, jak Bajus z Gorlic, Czepiec, Węgier Saja i najsławniejszy z nich Sawka, syn organisty z Grybowa. Napadał on na okoliczne wsie, paląc je i rabując grabił dwory i plebanie, mordował szlachciców, kupców i bogatych kmieci, przy czym męczył ich okrutnie przed śmiercią, by wydali, gdzie mają ukryte pieniądze i złoto. Kiedy Sawkę schwytali muszyńscy harnicy, chciał się przebić nożem, ale się tylko lekko zranił. Sąd w Muszynie skazał harnasia Sawkę na karę wbicia na pal, "którego dekretu egzekucję - jak pisał ówczesny kronikarz - wykonano na miejscu w Muszynie dnia 22 grudnia 1654r."

W Bieczu schwytanych beskidników osadzano w tak zwanej "turmie", czyli w najniższej kondygnacji wieży ratuszowej. Sąd biecki - podobnie jak w innych miastach podgórskich - skazywał beskidników z reguły na śmierć. Procedura sądowa trwała zwykle bardzo krótko. Ogłoszenie wyroku poprzedzała tak zwana "inkwizycja", czyli badanie na torturach; celem było wymuszenie na oskarżonym przyznania się do popełnionych przestępstw, podania nazwisk współtowarzyszy rozbojów oraz miejsca przechowywania zrabowanych łupów. Tortury te przeprowadzał kat w asyście sądu w lochu tortur. W stosunku do badanych beskidników stosowano najczęściej mękę tak zwanego "traktu", czyli ciągnienia. Rozróżniano dwa rodzaje traktu: "ekspansję", czyli "szpikowanego zająca" i właściwy trakt, czyli tak zwaną "elewację", to jest podniesienie ciała w górę i opuszczanie go w dół za pomocą całego systemu sznurów i bloków. Jeśli badany okazywał się wytrzymały na tę torturę przypalano mu pachy, boki i podeszwy nóg świecami, pochodniami lub rozpalonymi do czerwoności blachami. Rwano i szarpano ciało rozpalonymi kleszczami, dokonywano na nieszczęśniku tak zwanego "szelmowania", to znaczy trwałych okaleczeń.

Zwykłych pospolitych beskidników sąd biecki skazywał na ćwiartowanie, łamanie kołem lub spalenie żywcem na stosie. Bywało, że później, w drodze łaski, zmieniano tę karę na ścięcie toporem, a dopiero potem na ćwiartowanie, łamanie kotem i spalenie na stosie martwego ciała. Natomiast harnasie skazywani byli na karę kwalifikowanej śmierci, to jest śmierci w okrutnych męczarniach. Tak na przykład wybitnych harnasiów skazywano na śmierć przez zawieszenie ich za "poślednie" żebro na ostrym haku szubienicznego pala, na którym godzinami konali. Wcześniej odcinano im prawą rękę i zdzierano dwa pasy skóry. Niektórzy harnasie - jak na przykład legendarny Janosik - okazywali taką nieczułość na ból, że wisząc na haku za poślednie żebro, kazali sobie podawać lulkę i spokojnie kurzyli "habrykę", czyli tytoń.

Od chwili otrzymania przez Biecz "prawa miecza", stracono w tym mieście różnymi sposobami setki beskidników. Na rynku w Bieczu i na podeście pod ratuszem kat i jego pomocnicy, czyli oprawcy, hycle i rakarze, ścięli toporami w jednym tylko dniu 120 węgierskich opryszków oraz ich harnasia Saję.

Masowe egzekucje nie przysporzyły Bieczowi pochlebnej opinii i rozsławiły go w Polsce jako miasto słynące ze sztuki katowskiej, wypożyczające za opłatą swych oprawców innym miastom. Zarabiali oni rzekomo wspaniale, jeżdżąc po różnych grodach oraz kasztelaniach posiadających prawo miecza.

Rodowici mieszkańcy Biecza czują się obecnie urażeni, gdy wspomina się, że ich miasto słynęło ongiś ze sztuki katowskiej. Historyk biecki. dr Tadeusz Ślawski, postanowił zbadać, skąd wzięła się legenda o cechu w katowskim Bieczu, i o tamtejszej Akademii Katowskiej. Chciał przekonać się, na ile odpowiada to prawdzie? Na podstawie wnikliwej analizy wszystkich dostępnych źródeł, Ślawski stwierdził, że fama ta jest z gruntu fałszywa. W żadnym dokumencie nie ma bowiem mowy, najmniejszej nawet wzmianki, o istnieniu cechu katowskiego i Akademii Katowskiej w mieście Bieczu.
Jak dowodzą księgi miejskie, w Bieczu zawsze pełnił swą funkcję tylko jeden kat. Dysponował on mieczem, tak zwanym "multanem", długim na 39 i pół cala, mieszczącym się w pochwie skórzanej, ozdobionej czerwonym aksamitem. Miecz ten przechowywany był w ratuszu bieckim. Stamtąd otrzymywał go każdorazowo kat dla wykonania egzekucji przez ścięcie. Kat biecki miał do pomocy kilku pomocników: pachołków, czeladników, zwanych przez lud oprawcami, hyclami, rakarzami, drzykami, łupieżami lub szargarzami. Ale kat, zwany przez lud "małodobrym", a także jego pomocnicy, nie tworzyli jakiegoś cechu i nie mogli też mieć - przydzielonej do obrony miasta po jednej z baszt w Bieczu.

Skąd wzięła się więc legenda o istnieniu w Bieczu cechu katowskiego i Akademii Katowskiej? Być może do jej powstania przyczynił się fakt, że w wieku XVII funkcję kata w Krakowie przyjął kat przybyły z Biecza. Nie jest - co prawda - wykluczone, że mógł on całkiem prywatnie szkolić jakichś adeptów w swym ponurym rzemiośle. Żadne jednak źródło o tym nie wspomina.
Przeciw istnieniu cechu katowskiego i Akademii Katowskiej w Bieczu przemawia też fakt, że w dawnej Rzeczypospolitej - zarówno Polacy jak i Litwini - nie kwapili się zupełnie do katowskiej profesji. Zawód kata i oprawcy był bowiem w wielkiej pogardzie i ohydzie i podpadał pod niesławę. Uważano go bowiem za nieczysty, bezecny, ohydny. Dlatego też funkcje katów pełnili w Polsce - rzecz znamienna - cudzoziemcy, głównie Niemcy, Szkoci i Wołosi z Multa, czyli Wołoszczyzny. Od tych właśnie Multanów zaczęto w Polsce nazywać w XVI i XVII wieku miecze katowskie, "multanami". Na tych mieczach było wyryte godło rzemiosła katowskiego: topór i szubienica. Do dziś dnia przechowały się multany w Bieczu, Tarnowie, Krakowie, Sandomierzu i Jarosławiu.
Warto tu dodać, że nawet systematyczni Niemcy nie wprowadzili u siebie szkolenia katów i oprawców. Jak wynika z niemieckich źródeł, kaci wprawiali się w różny sposób do swego zawodu. Ich "majstersztyk" polegał na umiejętnym odcięciu za jednym zamachem głowy skazańca. Aby nabrać wprawy, odrąbywano mieczem lub toporem głowy powieszonych wcześniej zwierząt. Za najtrudniejszą sztukę i zarazem za sprawdzian najwyższych umiejętności uchodziło odcięcie mieczem główki mrówki od jej tułowia. Wymagało to niezwykłej precyzji oka i ręki.


Autor tekstu:
Stanisław K. Wałęga

Materiał pochodzi z czasopisma: Rzepiennik wczoraj i dziś.
Artykuł przekazany został przez red. pisma Jadwigę Bryndal.

  Historia artykułu:

data utworzenia:  2009-11-08 17:28

data publikacji:  2009-11-08 17:37

data modyfikacji: 2009-11-22 01:56

szukasz kontaktu: contact form

© 2007-2018 Pogorza.PL

zgłoś błąd: error on the side

statystyka od luty 2008 => | all: 2331502 | unique: 1227284 | interest: 1.9 (47.36%) |

kod strony generowano (sekundy): 0.72098      min: 0.60901      max: 0.89051      średnia: 0.733073